Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bank. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bank. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 listopada 2013

POLISA Z FUNDUSZEM KAPITAŁOWYM A EMERYTURA

Czytałem dziś w internecie o emeryturach. Oczywiście mnie najbardziej interesują rozwiązania jakie są oferowane, aby zwiększyć zasób portfela emeryta. Niektórzy dziennikarze wręcz specjalizują się w udowadnianiu wszelkiej maści "doradcom finansowym" i agentom, że ich rozwiązania nie są zbyt korzystne dla przyszłych emerytów. Wszyscy pytani polecali polisy z funduszami kapitałowymi i dużymi składkami. Dziennikarze przytaczają  przykłady osób, które przeliczyły się co do swoich długoletnich możliwości finansowych i jak źle na tym wyszły.

Wiem, że takie działania w tej branży są normą. Często liczy się wysokość własnej prowizji a mniej długoletnia współpraca z klientem. Ubezpieczenia oferowane przez Towarzystwa traktowane są jak gotowy produkt typu pralka czy telewizor, a tak nie jest. Ubezpieczenia przygotowane przez Towarzystwa są surowcem, z którego my agenci wspólnie z klientem mamy obowiązek przygotować gotowy produkt.

Sama ochrona nie jest skomplikowana. Klient określa ile pieniędzy będzie potrzebowała rodzina w razie jego śmierci lub on w razie poważnej choroby, czy inwalidztwa i o tyle wnioskujemy do Towarzystwa.

Stworzenie  planu emerytalnego to już "wyższa szkoła jazdy". Owszem istnieją pewne zachęty aby skorzystać z IKE czy IKZE, ale czy te propozycje się obronią przed dobrze i uczciwie skonstruowaną polisą na życie ? - śmiem wątpić!


O to kilka możliwości jakie daje polisa z funduszem kapitałowym:
1) Przede wszystkim w polisie można stworzyć ochronę dla najbliższych - kapitał, który nie przepadnie jak w przypadku środków gromadzonych tylko w ZUS.
2) Zgromadzone środki można wykorzystywać do woli korzystając z udogodnień podatkowych zanim wybierzemy się na emeryturę.
3) Możemy korzystać z możliwości przekierowania odsetek od pożyczek do naszej kieszeni, a nie do kieszeni banków.
4) Z tytułu prowadzenia polisy możemy ponosić minimalne koszty i maksymalizować  dochody i to nie koniecznie ryzykownie inwestując
5) Kontrola własnych pieniędzy
6) I wiele innych...

Większość agentów, doradcy finansowi, Towarzystwa Ubezpieczeniowe, widzą w polisach na życie z funduszami kapitałowymi tylko możliwości ochronne, pomijając całkowicie ich możliwości finansowe. Klienci w polisach inwestycyjnych widzą tylko koszty z pierwszych lat, a przecież te polisy także dają olbrzymie możliwości finansowe.
Jedyny warunek to, w jednym i drugim typie polis, dobra konstrukcja i ... trzeba wiedzieć jak to zrobić!

Niestety nie wszystkie firmy swoimi polisami dają takie możliwości, ale też agent w takim przypadku nie zarobi zbyt dużo "na pojedynczym" kliencie. Za to od zadowolonego klienta otrzyma wiele skierowań do swoich znajomych, a o to właśnie powinno chodzić.

Jeżeli Drogi Czytelniku chciałbyś wiedzieć więcej skontaktuj się ze mną. 



środa, 29 maja 2013

KREDYT HIPOTECZNY, CZY BANK RODZINNY?


Hipoteczni kredyciarze: najwięksi naiwniacy naszych czasów. Praca na dwa etaty, depresja, sześciopak piwa.. I tak przez 40 lat

Zapożyczone z:  Posted by Jarek Kefir w dniu 4 Kwiecień 2013

“Chciałbym was ostrzec. Jesteście najlepszym, krwistym i z niezwykle długim terminem ważności mięchem dla opasłej elity świata, o której wy, żuczki, nie macie pojęcia. Hipoteczni kredyciarze – najwięksi naiwniacy współczesnych czasów.

Adam ma 37 lat i wypija piwo za piwem. Robi tak prawie co wieczór, bo uważa, że piwo to żaden alkohol, a pozwala zasnąć. Jego żona, Alicja, już się przyzwyczaiła. No i co z tego? Ciężko pracuje, musi odreagować, tłumaczy męża. W ich wykwintnym domu na przedmieściach, a właściwie w zapyziałej onegdaj wsi przyklejonej do miasta, której pola i łąki (ku uciesze podupadłych rolników) stały się  placem budowy dla stęsknionych sielanki mieszczuchów; jest czysto, ze smakiem i po nowoczesnemu.

Adam: mój Boże, czasem kłóciliśmy się do rana urządzając nas wymarzony dom. Przeglądaliśmy dziesiątki katalogów, robiliśmy wizualizację. Oboje byliśmy zgodni, że nasze gniazdko musi być wyjątkowe. Żadnych tanich rozwiązań, półśrodków i tandety. To miało być nasze miejsce na całe życie. Zaciągnęliśmy 400 tys. kredytu hipotecznego na 50 lat. Ale byliśmy raptem przed 30-tką. Oboje: dobre posady w firmach, solidne wykształcenie, języki. Modlić się już tylko o zdrowie, powtarzaliśmy. Reszta na pewno się ułoży.

Budowa domu trwała trzy lata. To był czas, o którym Adam mówi krótko: amok.

- Byłem jakby na wiecznym haju. Codziennie po pracy leciałem na budowę jak na skrzydłach. W nocy spałem po 5 godzin. Alicja każdą wolną chwilę spędzała przed komputerem. Urządzała w wirtualu pokój za pokojem. Jeździliśmy też po centrach handlowych. Szukaliśmy mebli, tkanin, dodatków, naczyń, lamp. Trzy lata w klimacie nieustającego podekscytowania. Bank wypłacał, jak obiecał, transzę za transzą. Konto puchło od zastrzyków gotówki, której bym nie wypracował przez kilkadziesiąt lat harówki w firmie. A tu masz. Jest! Możesz działać, załatwiać, tworzyć. Wtedy czułem się jak król. Jak pan swego losu. Zdawałem sobie sprawę z konsekwencji. Że będę spłacał raty przez dziesiątki lat. Ale o codzienności w nowym, moim domu, myślałem wyłącznie w różowych kolorach. Kominek, żona na kanapie z lampką wina w dłoni, dzieci śpią każde w swoim pokoju. Stopy ogrzewa rasowy pies… Tak, nabijam się teraz sam z siebie. Ale takie fantazje snułem, rzucając się po placu budowy. Myślałem: poznałem wspaniałą kobietę. Pragnąłem stabilizacji. Nie bałem się ojcostwa. Planowaliśmy z Alą dwoje dzieci. Najlepiej z niewielką różnicą wieku. Fundamentalne decyzje podjąłem przed 30-tką, więc  miałem całe życie przed sobą na ich realizację. Nie chciałem tracić czasu. Szczęście było w zasięgu ręki. To, że na koszt banku? I co z tego? Nie pierwszy i nie ostatni zaciągam z młodą żoną kredyt na dom na przedmieściach. Bóg da, to i spłaci się wcześniej. A póki co, buduj, urządzaj, spładzaj dzieci przed kominkiem i ciesz się rodziną w wieczory na tarasie. Po sześciu latach takiego życia, głęboka depresja i rozwód wiszący na włosku. Długo nie mogłem pogodzić się z tym, że ja, rozsądny facet, uległem iluzji jak naiwne dziecko. Gdzie popełniłem błąd? Kto mną zmanipulował? Czułem się jak idiota. Codzienna presja była tak silna, że przestałem cieszyć się czymkolwiek. Przestałem sypiać z żoną. Ona była w wiecznych pretensjach, a po urodzeniu niepełnosprawnego syna, egzystowała już tylko dla niego. Moje życie stało się nie do zniesienia.

Alicja: Dziwisz się, że tak spokojnie o tym rozmawiamy? Dwa lata trwało, zanim Adam wylizał się z depresji i mogliśmy podjąć jakieś racjonalne kroki. Tak, nasz dom, nasze drugie dziecko (to prawdziwe leży w specjalistycznym wózku, kilkuletni chłopiec z porażeniem mózgowym) jest obecnie wystawiony na sprzedaż. Idzie ciężko, bo koniunktura na domy spadła, a my chcielibyśmy po sprzedaży wyjść choć z małą góreczką. O sprzedaży myśleliśmy od dawna, ale baliśmy się przyznać do tego przed sobą. Dom miał być przecież naszą ostoją i schronieniem. Tymczasem z roku na rok stawał się ciężarem nie do udźwignięcia. Upiorną skarbonką na kasę. Adam tyrał od świtu do nocy, aby utrzymać odpowiedni standard życia. Ja również, pomimo choroby dziecka, wróciłam na pół etatu do pracy. Żyliśmy w tak niewyobrażalnym kieracie, że… skończyło się chorobą męża i poważnymi kłopotami finansowymi, z których coraz trudniej się wyplątać. Leczenie i rehabilitacja syna pochłaniają majątek. Dom i jego dopieszczanie już dawno zeszły na dalszy plan. Z czasem zrozumieliśmy, że to nie jest dobre miejsce dla nas, że dom wcale nas nie cieszy, za to przysparza dodatkowych trosk, a nieustanne kursowanie do miasta po prostu wykańcza.

Adam: To nie niepełnosprawność mojego syna spowodowała, że poczułem bezsens swojej egzystencji na przedmieściach, choć jego choroba stała się kropką nad i. To presja comiesięcznych zobowiązań finansowych wypala mnie od środka i na pozór banalne sprawy, które drążyły na swój sposób, jak kropelki. Po głowie kołowało pytanie: kurna, stary, po co ci to wszystko? Po jaką cholerę? Pytasz, co to było na przykład? Proszę bardzo! Jeszcze podczas budowy mieliśmy w głowach z Alą taki obrazek, że w naszym ogrodzie będą się odbywały grill party przez całe lato. Że znajomi z miasta będą walić drzwiami i oknami. Wiadomo, świeże powietrze, niedaleko las. I wiesz co, jak udało się zorganizować dwa grille dla znajomych latem, to już było dobrze. Każdy ciągle zagoniony, każdy ma swoje terminy. Inna pierdoła; choinka w salonie. Żona miała taką wizualizację. Robi święta dla całej rodziny. Wielkie pachnące drzewo jarzy się od lampek. Przy stole rodzina Alicji i moja. Dzieciaki ganiające się po domu. Wiesz ile takich Wigilii udało się nam zorganizować przez dziewięć lat mieszkania tu? Dwie. I to ile musieliśmy się na przekonywać, że można dojechać do nas przez zimowe śniegi.

Adam kontynuuje: To może głupio zabrzmi, ale ciągle wyskakiwało coś, co nas… zaskakiwało. I w rezultacie uwierało jak kamyk w bucie. Wiosenne błoto wnoszące się wiecznie do domu, krztuszący się dymem kominek, usterki architektoniczne, o których wcześniej nie zdawaliśmy sobie sporawy, np. uciążliwa wilgoć w naszej wypieszczonej sypialni, bo dach został wadliwie położony, a naprawa kosztowałby majątek. Albo takie atrakcje: smród z okolicznych pól po wylaniu obornika utrzymujący się przez kilka dni. Pies uwiązany przy posesji sąsiada, ujadający całe noce. Problem z dojazdem karetki do Kuby zimą… Masa pieniędzy wydawana na paliwo, bo dojeżdżaliśmy do pracy samochodem. Wiesz, takie życie na wsi nie jest dla każdego. Biały domek z ogródkiem to miłe dla podświadomości wyobrażenie, ale utrzymanie go wymaga nakładów, o których nikt nakręconym nabywcom woli nie wspominać. Pół biedy, jak te dobra są wolne od hipoteki. Kiedy jednak wszystko jest na kredyt, twoje życie staje się niepostrzeżenie formą współczesnego niewolnictwa. Presja spłaty kolejnych rat ogłupia do tego stopnia, że przestajesz myśleć o czymkolwiek innym. Niby konsumujesz dobra, ale one są bez smaku. Stają gulą w gardle. W końcu masz ochotę zwymiotować.

Alicja: Już w trzecim roku mieszkania tu zaczęło się miedzy nami psuć. Była ostra zima. Opał skończył się przedwcześnie. Musieliśmy wziąć kolejną pożyczkę, aby dokupić węgiel. Kubuś wtedy nawet jeszcze nie siedział. Byłam z nim sama od rana do nocy. Adam w tym czasie w pracy. Wieczorami zawzięcie się kłóciliśmy; o kasę, o syna, o własne niezaspokojone potrzeby. W domu czułam się jak w więzieniu, a Adam czuł się do domu uwiązany jak pies. Ja tęskniłam za gwarem i ludźmi. Chciałam wychodzić z Kubą z czterech ścian, Adam wracał do domu i padał ze zmęczenia. Nie miał żyłki do majsterkowania, jakiejś ogrodniczej pasji czy coś, nie bawiło go to. Przesiadywał w rachunkach i liczył, ile musimy zarobić, aby pchnąć ten cholerny kredyt do przodu choć o parę lat. Liczył i liczył i… szedł przed tv z cztero pakiem piwa. Wiedział, że to jest nierealne. Że trzeba się z tym pogodzić; tak już będzie miesiąc w miesiąc w sumie do końca życia. Najpierw haracz dla banku i inne zobowiązania. Reszta dla nas. Tylko co z tej reszty zostawało!

Adam: W depresję wpadłem po sześciu latach takiego życia. Hipoteka i niepełnosprawność syna przerosły mnie. Nic, kompletnie nic mnie nie cieszyło. Widziałem beznadzieję swojej sytuacji i czułem totalną bezradność. Żona i syn drażnili mnie. Praca nie przynosiła satysfakcji. Miałem ochotę uciec, wziąć jakąś pieprzoną gumkę z myszką i wymazać ten idiotyczny obrazek; dom z ogródkiem, żonę w halce przed kominkiem, rasowego psa… Pach, nie ma tego już. To mi się tylko przyśniło. Jestem wolny!

- Depresja męża, to był koszmar. To choroba, która dotyka pozostałych członków rodziny. Poważnie zastanawiałam się wtedy nad rozwodem z Adamem. Chciałam wyprowadzić się z Kubą do miasta. Wytrwaliśmy, ale czy jesteśmy szczęśliwi? W każdym razie nie tak, jak sobie to wyobrażaliśmy na ślubnym kobiercu. Po dziewięciu latach małżeństwa nie boję się powiedzieć: jesteśmy wciąż razem, bo wiąże nas niepełnosprawny syn i… kredyt hipoteczny. Spłata rat jeszcze przez 41 lat. Skończymy, gdy będziemy pod 80-tkę! Kuba przekroczy 50-tkę. Dopiero teraz to wszystko do mnie dociera. Żyjemy w iluzji, która – paradoksalnie – stała się naszą rzeczywistością. Musimy z tym skończyć. Sprzedaż domu, to teraz nasze największe marzenie. Mamy go serdecznie dość”



Artykuł ten pokazuje jak ważne dla nas i naszych potomków jest oszczędzanie i ubezpieczanie się na życie. Tylko w ten sposób możemy sprawić że nasze i ich życie stanie się radosne, bez wyrzeczeń. Zapoznając się z moim blogiem możesz podjąć decyzję jak chcesz żyć. Tak jak opisał "Kefir", czy tak jak ja proponuję.

piątek, 26 kwietnia 2013

BANK RODZINNY DZIAŁA !

Mój klient założył polisę w sposób jaki mu poradziłem. W ciągu 4 lat zebrał blisko 17 tysięcy złotych na wartości polisy. Miesiąc temu doszedł do wniosku, że powinien kupić inny samochód. Wybrał auto za ok. 13 tysięcy złotych. Sprawdził w banku jakie koszty poniesie biorąc kredyt na 13.500,- zł i ile wyniesie rata jeżeli kredyt będzie spłacał w ciągu 3 lat. 
Okazało się, że spłacał będzie po 451,- zł, czyli odda bankowi wraz z odsetkami 16.236,- zł. 
Aby kredyt uzyskać musi wykazać się dochodami, potwierdzonymi na stosownym zaświadczeniu z zakładu pracy. Po złożeniu dokumentów bank rozważy wniosek. 
Klient potrzebował pieniędzy szybko i bez formalności. Zwróciliśmy się do Towarzystwa z prośbą o wypłatę potrzebnej kwoty. 
Zadowolony klient już jeździ samochodem. 
Zamiast płacić bankowi wpłaca 451,- zł na swoją polisę. Za trzy lata będzie miał samochód o wartości ok. 8.000,- zł i ok. 21.700,- zł w gotówce.

Gdyby wcześniej nie oszczędzał pieniędzy, po 3 latach miałby samochód wart 8.000,- zł i 16.236,- zł wydane z własnej kieszeni. Jedynym "zarobionym" byłby bank. Na następne auto klient musiałby znowu brać kredyt.

Stosując zasady BANKU RODZINNEGO, klient ten jest wolnym człowiekiem. Nikomu nic nie jest dłużny, jego oszczędności rosną, a do tego jest ubezpieczony na rzecz swojej rodziny w niezmienionej wysokości. Chroni rodzinę, buduje kapitał, nie zaciąga długów.
Czy to nie jest piękne?

Każdy tak może zrobić, Ty Czytelniku też!